DARIUSZ LORANTY
Zawód: negocjator
Marta Piątkowska
2012-01-02, ostatnia aktualizacja 2012-01-02 15:54
Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
- To praca, która wypala, ale bez niej ciężko się żyje. W trakcie kariery współpracowałem przy rozwiązywaniu blisko 50 porwań, z czego 20 zakończyło się dobrze. Ściągałem z dachów po dziesięciu samobójców rocznie - opowiada Dariusz Loranty, były policyjny negocjator
Lata 90. Trwają przygotowania
do akcji MOST - przerzutu osób pochodzenia żydowskiego z terenów ZSRR do
Izraela. Z lotniska Okęcie mają się dostać do Wiednia. Sytuacja jest napięta.
Pojawiają się pogróżki ze strony organizacji arabskich, z których wynika, że
może dojść do zamachów terrorystycznych. Wszystkiemu przyglądają się
Amerykanie. W końcu zapada decyzja. Niewielka grupa polskich funkcjonariuszy
Komendy Głównej w Warszawie na wypadek porwania zakładników zostanie
przeszkolona w zakresie negocjacji z porywaczami przez amerykańskich
negocjatorów. Po kilku dniach funkcjonariusze wiedzą jedynie, jak rozmawiać z
terrorystami, reszty będą uczyć się metodą prób i błędów. Ale po raz pierwszy
mamy procedury.
Sprawy kryminalne, które już wtedy zawierały elementy negocjacji, prowadziłem
od 1996 roku. Pierwsza dotyczyła kradzieży najwyższej jakości futra z norek. W
tamtym czasie w Warszawie można je było sprzedać jedynie pięciu kuśnierzom.
Wysłaliśmy do nich informację, że jeżeli dostaną ofertę kupna futer po
okazyjnej cenie, mają się do nas zgłosić. Po kilku dniach zgłosił się
rzemieślnik ze Śródmieścia. Namówiliśmy go, żeby sprzedającym powiedział, że
nie jest zainteresowany towarem, ale jego znajomy z Kielc jak najbardziej. Tym
kolegą byłem oczywiście ja. Na pierwsze spotkanie pojechałem autobusem, na
drugie dobrym samochodem,
zresztą pożyczonym od kuśnierza. Cały czas grałem zięcia właściciela dużego
zakładu, bo inaczej łatwo by wykryli moje braki w znajomości branży. Po
czterech dniach rozmów umówiliśmy się po odbiór towaru. W tym czasie nie było
jeszcze określonych procedur, więc nie wiadomo, kiedy miała wkroczyć policja.
Siedzę przy stole ze złodziejami i dobijamy targu. Gram na czas. Nagle pukanie
do drzwi: "Policja, otwierać!". Tak się wczułem w rolę,
że krzyczę na cały dom: "Wsypaliście mnie!", a oni zaczynają się
tłumaczyć, że nie, to przypadek, że jakoś to załatwią. Nawet na komendzie nie
mogli uwierzyć, że jestem policjantem.
Musiałem im pokazać drzwi z tabliczką ze swoim nazwiskiem.
Na etacie negocjatora byłem od 2001 roku, bo wtedy przeniesiono mnie na to
stanowisko.
Z samobójcami negocjujemy
Miałem już doświadczenia z porwaniami i wymuszeniami, ale do samobójcy jechałem
pierwszy raz. Szef powiedział mi tylko: "Zbieraj się, skoczek czeka".
Wsiedliśmy do samochodu we czterech, ja, dwóch zapasowych negocjatorów i on.
Według polskich przepisów musi być minimum trzech negocjatorów. Na miejscu wymiękłem.
Właścicielowi kiosku kazali zamknąć interes, który prowadził z żoną. Nie mógł
się z tym pogodzić, więc wymyślił, że jego śmierć rozwiąże problem, a ten, kto
wydał decyzję zamknięcia, będzie miał wyrzuty sumienia. Problem w tym, że
postanowił zeskoczyć z wysokiego na dwadzieścia kilka metrów komina pobliskich
zakładów. A ja mam lęk wysokości. Mieli mnie podsadzić na podnośniku
strażackim, ale jak szef zobaczył, że cały jestem zielony, oddał sprawę innemu
negocjatorowi. Miałem się tylko przyglądać. Było pewne, że w tej akcji nie będę
aktywnie uczestniczył, bo samobójcy rzadko decydują się na zmianę rozmówcy.
Kiedy kontakt zostanie nawiązany, to już tak zostaje. Do domu nie wróciłem w
glorii chwały, ale już wiedziałem, że łatwo nie będzie.
Z moim lękiem wysokości jest zresztą związana najśmieszniejsza sytuacja w
historii polskich negocjacji. Hotel InterContinental w Warszawie ma największą
użytkową powierzchnię dachu w Polsce. Był w trakcie budowy, więc do ściany
przymocowano dźwig, którym woziło się materiały i ludzi. Na dachu samobójca.
Facet żądał obecności prezydenta, bo inaczej się zabije. Jest niedziela
południe. Na dole policja, dziennikarze i gapie. Wszyscy czekają na Supermana,
który przyjedzie na miejsce i zrobi hollywoodzkie show. Wysiadam z samochodu i
czuję, że mi słabo. Do wysokości zacząłem się już przyzwyczajać, ale wjazd
kilkadziesiąt metrów w górę windą budowlaną to nie jest coś, czego się
spodziewałem. Takie dźwigi znają wszyscy chociażby z filmów. Klatka z podłogą z
siatki. Ktoś musiał mi pomóc dojechać do samobójcy.
Sam, jakbym zamknął oczy, tobym zwymiotował. Obok stali strażacy z
wysokościówki. To chude, ale sprawne chłopaki. Wybrałem najwyższego, wsiedliśmy
razem do windy i... mocno go przytuliłem, patrząc prosto w oczy. Z dołu słychać
komentarze: "Czesław, nie wiedziałem, że masz dziewczynę w policji".
Tłum na dole ubawiony, strażak wściekły, ja rozkojarzony. Ale jakoś
dojechaliśmy. Jak tylko wczołgałem się na dach, mój "narzeczony"
tylko machnął mi na do widzenia i zjechał na dół.
Skoczkiem był bezdomny z Dworca Centralnego, który chciał się widzieć z
prezydentem. Latem odwiedzał dziewczynę w księgarni, ta częstowała go herbatą i
czasem czytała książki. I on sobie ubzdurał, że właśnie rodzi się między nimi
miłość. Ale nadeszła jesień, ciemne wieczory. Po dziewczynę zaczął przychodzić
chłopak, żeby odprowadzać ją do domu. Bezdomny ubzdurał sobie, że tamten ją
nagabuje i kilka razy wdali się w awanturę. W końcu bezdomny wyciągnął scyzoryk
i zaatakował chłopaka. Nic poważnego mu nie zrobił, ale sprawa w sądzie była. I
właśnie po to skoczek chciał prezydenta, żeby tamten go ułaskawił, bo przecież
tylko bronił swojej ukochanej.
Po godzinnej rozmowie zszedł z dachu. Rok później chciał skoczyć z dachu hotelu
Polonia, bo życie mu się znudziło. Godzina 16, miasto stoi w korkach, ulice
zabezpieczone. Jadę do niego. Rozmawiamy i nagle dzwoni mój telefon. Szef kazał
się pospieszyć, bo w jednym z samochodów, które utknęły, jedzie ktoś ważny i
jego nie interesuje jak, ale mam zakończyć tę sprawę. Po kilkunastu minutach
udało się go bezpiecznie sprowadzić na ziemię.
Cały szkopuł w tym, że usiłowanie samobójstwa według statystyk policyjnych
jest traktowane tak samo jak zakłócanie porządku. Innymi słowy ten, który
kopnie w kosz na śmieci, i ten, który chce skoczyć z dachu, blokując pół
miasta, na koniec miesiąca spotkają się w jednej rubryczce. I to jest ewenement
na skalę światową.
Najtrudniejszy przypadek
Generalnie z ludźmi się dogaduję, ale miałem sprawę, kiedy powoli zaczynały
kończyć mi się pomysły i naprawdę się bałem, że facet skoczy. Negocjowałem
siedem godzin. Po wszystkim wypowiadałem się o nim pozytywnie, a przecież był
dzieciobójcą.
Przeciętny warszawski blok. W kuchni małżeństwo kłóci się od kilkunastu minut.
On trzyma w ręce nóż. Macha nim w kierunku żony, ale nie żeby zadać cios.
Między nimi staje nastoletnia córka, w końcu podchodzi pod nóż, ale emocje są
tak silne, że ona nie czuje ciosu, a ojciec, że go zadał. Kłócą się jeszcze
kilka minut, w końcu dziewczyna osuwa się na podłogę. Ojciec niewiele myśląc,
idzie się na dach zabić. W międzyczasie córka umiera, ale on o tym nie wie.
Facet nie chce rozmawiać. Jest przerażony tym, co zrobił, chociaż do końca nie
wie, co z jego dzieckiem. Zadaje mi nerwowo pytania, odpowiadam, że nie wiem,
bo nie ma mnie na dole i nie mam z nikim kontaktu.
Rozmawiamy kolejną godzinę. Idzie ciężko, bo jest zamknięty i nic do niego nie
dociera. Co gorsza, sam zaczynam mu współczuć. To najgorszy moment dla
negocjatora, bo przez nieuwagę może stracić kontrolę nad sobą lub sytuacją.
W końcu udaje się nawiązać rozmowę, ale facet był tak zdeterminowany, że
musieliśmy użyć podstępu, żeby go z tego dachu zdjąć. Pod blokiem stała
karetka, więc na noszach wnieśliśmy do niej przebraną w ciuchy córki
policjantkę, która była do niej podobna gabarytowo. Czemu tak? Bo do karetki
nie można wnieść trupa. Kiedy facet zobaczył, że córka żyje, dał się przekonać
do zejścia. To mój najtrudniejszy przypadek.
Rozmowy z samobójcami nauczyły mnie jednego, w domu powieszonego nie rozmawia
się o sznurach.
Lubiłem...
Wolałem uprowadzenia, bo całe życie byłem policjantem kryminalnym w wydziale
wykrywania terroru kryminalnego. I mogę powiedzieć jedno - to nie wygląda jak
na filmach. W hollywoodzkich produkcjach negocjator namawia porywacza, żeby
rozmawiał z nim jak najdłużej, bo wtedy go namierzą. To nieprawda. Przecież w
trakcie 30-sekundowej rozmowy policja nie zdąży dojechać na miejsce. Z danych
od operatorów wynika, skąd wykonywane były połączenia. Na mapie zaznacza się
obszar, z którego porywacz najczęściej dzwoni. Jeżeli ktoś korzysta z budek
telefonicznych, jest łatwiej, bo to stałe punkty, jak z komórki, to trzeba
obstawić cały teren i liczyć na dużo szczęścia.
Brałem kiedyś udział w sprawie, podczas której porywacze porozumiewali się ze
mną jedynie za pomocą SMS-ów. W trakcie jednej rozmowy wysyłaliśmy ich po
kilkadziesiąt. To sztuka tak kogoś rozgadać. SMS-y pisali, jeżdżąc samochodem
po tej samej trasie. Zaznaczyliśmy przestrzeń i oglądając monitoring ze
skrzyżowań szukaliśmy samochodu, który będzie się powtarzał. Strasznie
upierdliwe, ale czasem to jedyny sposób.
Druga sprawa to sposób rozmawiania z rodziną porwanego. Oni nigdy nic nie
wiedzą. " - Mąż miał wrogów? - Nie wiem. - A przyjaciół? - Nie wiem. - Bał
się kogoś? - Nie wiem". Tak się właśnie rozmawiało z żoną właściciela
firmy transportowej. Piąta rano, w kuchni siwo od dymu z papierosów, ja mam
dość, ona przerażona. Postanawiam wziąć ją pod włos. "Czy pani wie, że mąż
miał kochankę?" - pytam. "W życiu, on nikogo nie miał, cały dzień
albo w domu albo w firmie" - odpowiada. "Niemożliwe" - mówię -
"Bo był hazardzistą!" - podpuszczam ją dalej. "Gdzie tam, co pan
opowiada" - oburza się żona. W końcu wzdycha i mówi: "To dobry chłop
jest, ale niepotrzebnie w ten interesy z Rosjanami wchodził. Jak nie trudno
zgadnąć, męża udało się znaleźć. Żywego".
Recepta na sukces
W tej pracy najważniejsza jest empatia i życiowa wiedza. Bo o czym bez tego
rozmawiać przez kilka godzin z obcym człowiekiem. Ale z tą empatią też nie
można przesadzać. Jak ktoś się za bardzo wczuje, to zacznie terapeutyzować
samobójcę albo rodzinę porwanego, a to nie o to chodzi. Trzeba się skupić na
celu.
To praca, która wypala, ale bez niej ciężko się żyje. Pamiętam, jak wbrew
własnej woli zostałem przeniesiony na emeryturę. Pierwszego dnia myślałem, że
mimo wszystko zaraz zadzwonią, odezwą się. Bo jak to tak, policja beze mnie.
Ale telefon milczał, tydzień, dwa, miesiąc, potem trzy. Poczułem się, jakbym
umarł śmiercią zawodową, więc ta fizyczna nie była już straszna. Ale jak widać
mi przeszło.
W trakcie swojej kariery współpracowałem przy rozwiązywaniu blisko 50 porwań, z
czego 20 zakończyło się dobrze. Ściągałem z dachów po dziesięciu samobójców rocznie.
Trochę się tego uzbierało.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej... http://wyborcza.pl/1,91535,10902240,Zawod__negocjator.html#ixzz1iJhiULxj